RYSY – DROGA PRZEZ DZICZ

Czasami wydaje mi się , że wejście na Rysy traktowałam z przymrożeniem oka.  A po wejściu na sam ich szczyt osiągnę, stan euforii i wszystkie męczarnie odejdą w dal. Oj jak bardzo się myliłam. 

Od dnia przyjazdu w Tatry, szlak piął się w górę. Mój górski towarzysz, ułożył trasę, którą chyba do końca nie przeanalizowałam. Naprawdę ciągle towarzyszyło mi uczucie, że pnę się w górę. Tylko czasami kiedy już chciałam wypluć płuca, uda piekły mnie niemiłosiernie, a stopy piekły od obtarć, szlak łagodniał. Wyrównywał się, a ja odczuwałam chwilową ulgę.

Jak wspaniale szło się w dół, przede wszystkim z Krywania, droga wydawał się nie mieć końca. I naprawdę tak było. Schodziliśmy coraz niżej i niżej, aż ta przyjemna droga w dół, również stawała się męką. Po cichu prosiłam, aby szlak zaczął piąć się w górę.

Poczucie ulgi, trwało tak krótko, że miałam wrażenie, iż odczuwam tylko ból. Kolega motywował mnie słowami, że jak zrobimy ten odcinek to będzie to naprawdę niezły wyczyn. Ktoś by pomyślał, 27 km, a cóż to takiego.

To idź sobie od Szczyrbskiego Plesa, na Krywań, zejdź w dół odbijając do doliny Koprowej i dotrzyj na sam koniec tej dziczy. Jestem ciekawa co mi powiesz?

Bo tu nie o ilość km chodziło, tylko przewyższenie.

Ot taka mądrość ma !

Wędrowaliśmy w tej dziczy kilka godzin, podziwiałam otaczające nas góry, było bardzo cicho, bezludnie. Gdzieś tam w dole doliny Koprowej spotkaliśmy garstkę osób, która szybko straciła się za zakrętem.

Kiedy dotarliśmy nad strumyk, z pięknym wodospadem, początkowo chcieliśmy wskoczyć do wody, pragnęliśmy tego oboje, poczuć ulgę, odciążyć stopy. Wiedziałam, że wyciągnięcie nóg z butów, w trakcie wędrówki, która zdawała się nie mieć końca, może się bardzo źle skończyć, a ponowne założenie ich przyniesie tylko większą męczarnie, aniżeli ulgę.

Nawet nie wiem kiedy a moje stopy moczyły się w lodowatym strumyku, który był tak zimny i tak (!!!) lodowaty, że przyjemność przerodziła się w piekący ból.

Szybka zmiana skarpetek na czyste , suche i podjęłam próbę wsadzenia stóp do butów.

Po pierwszych metrach, buty – miałam wrażenie- ponownie zdzierały mi skórę z pięt.  Szkoda tylko, że plastry żelowe zostawiłam na stole, gdy się pakowałam. Szłam naprzód, wyobrażając sobie, że stąpam po miękkiej trawie a moje Zamberlany, są jak lekkie klapki.  Na próżno.

Powoli na naszej drodze, zaczęły pojawiać się szałasy, które miały być schronieniem i noclegiem. Żadne z nich nie zapewniały wygodnego wypoczynku w pozycji leżącej, bo ławki i stoły były chyba celowo takie wąskie, aby żadnym szaleńcom nie przyszło do głowy biwakować w tym miejscu.

Kiedy mijaliśmy przedostatni szałas, który był w całkiem ładnym widokowym miejscu, Damian stwierdził, że idziemy do ostatniego i tam uznamy na miejscu czy się tu wracamy, czy tam zostajemy. Zostaliśmy w ostatnim.

Widok obdartych pięt, bolał od samego  patrzenia. Więc nie spoglądałam więcej w ich kierunku.

Włączyłam stan myśli swobodnych, myśli łagodnych. Chłonęłam chwilę, cieszyłam się chwilą, momentami oboje nic do siebie nie mówiliśmy, każdy cieszył się miejscem, końcem wędrówki i tak sobie pozostaliśmy w tej ciszy.

W nocy obudziła nas burza. A konkretniej usłyszałam „Topimy się”.Sytuacja została szybko opanowana, a ja ponownie wróciłam do swojego snu.

 

Następnego dnia szłam jakby szybciej, uczucie zmęczenia było do zniesienia. Oczywiście towarzysz, był jeszcze szybszy przez co wydawało mi się , że znowu się kulam, ale pocieszam się, że wczoraj zrobiłam WYCZYN, więc odpuść dziewczyno.

Z ciszy i dziczy przenieśliśmy się w rejon Tatr zadeptywanych, czyli dotarliśmy do „Piątki”. Pętla jaką mieliśmy zaplanowaną nie mogła inaczej przebiegać, więc nikt do nikogo nie miał pretensji. Ale szybko uciekliśmy w kierunku Szpiglasa, by choć przez chwilę poczuć ciszę z Doliny Koprowej. Na próżno.

Chcieliśmy jak najdalej dojść tego dnia, gdyż dnia kolejnego miało spełnić się MOJE WIELKIE MARZENIE – stanąć na RYSACH miałam.

Po krótkiej i głośnej naradzie stwierdziliśmy, że zostajemy pod Morskim Okiem. Kiedy bryczki odwiozły ostatnich turystów, a Ci co mieli zejść zeszli w dół. Nastała błoga cisza. Pojedyncze osoby, które przyszły nacieszyć się widokami, rozsiadły się na ławkach i tak trwaliśmy w tej górskiej ciszy, wznosząc toast za jutrzejsze RYSY.

W pewnym momencie ktoś wypowiedział na głos, że przy tafli stawu, spaceruje dzika zwierzyna, wiecie co zrobiłam?

Nie zdążyłam założyć Zamberlanów, tylko złapałam dwa aparaty i pobiegłam by zza krzaka wykonać zdjęcie do NatGeo. I choć mi bardziej, zależało na nie wchodzeniu w drogę temu zwierzowi, to owy zwierz ciągnął do ludzi przerażająco mocno.

Tej nocy spałam niespokojnie, już o 3 nad ranem obudziłam się i wsłuchiwałam w ciszę. Ani wiatr nie wydawał dźwięków. Kompletnie nic.

               

Tuż po 3ciej pierwsi turyści opuścili schronisko i udali się w kierunku Czarnego Stawu. Chwilę później postanowiliśmy się spakować i ruszyć na szlak. Tym razem na śniadanie musiałam sobie zasłużyć. Mój górski kolega wystrzelił jak z procy i oznajmił, że będzie czekał pod Czarnym Stawem. Tzn on tego na głos nie wypowiedział, ja miałam taką nadzieję, że jak wypluję płuca, pędząc na czczo jakieś 40min na „umówionym” miejscu będzie już czekało śniadanie.

Owsianka full wypas proszę Pani – jedz, bo idziemy na Rysy !

Jadłam tak długo to śniadanie, że miałam wrażenie, iż Ci turyści którzy wyruszyli przed nami na szlak, już zdążyli wejść i zejść z Rysów. Pocieszałam się , że to szybka trasa w górę, pionowo w górę. Nie miałam pojęcia o czym myślę.

Musicie mi wierzyć, że w momencie wspinania się na Rysy, nie myślałam o niczym innym tylko o tym gdzie stanąć, jak postawić nogę i gdzie złapać skałę.

W mojej głowie były, kamienie, łańcuchy, kamienie łańcuchy.

Kryzys nastąpił, kiedy spod mojego plecaka, nie wiem jak , odpiął się śpiwór. Powędrował szybko w dół odbijając się o skały. Krzyczeliśmy do ludzi, żeby się nie bali, to tylko miękki śpiwór. W chwili jego odpięcia, miałam wrażenie, że spadam. Razem z nim.

Musieliśmy zrobić przerwę, abym uspokoiła myśli. W głowie powtarzałam sobie : ” nie bądź miękka, otrząśnij się, wstań i zrób te cholerne Rysy!”

Zresztą na szycie czekała na nas kawa, którą sobie mieliśmy zaparzyć.

Ta perspektywa postawiła mnie na nogi.

STOJĘ NA RYSACH ! RYSY ! EUFORIA ! RADOŚĆ NIEOPISANA.

Mnóstwo zdjęć, niekończący się klik migawki , a jeszcze z tej strony, a jeszcze z ręką, a jeszcze z kubkiem, a butów nie było.

W końcu zdałam sobie sprawę, że moje marzenie zostało spełnione, więc w myślach szukałam kolejnego. Ale bez napinki, na pewne sprawy potrzeba czasu. Więc pomyślałam :”Bądź cierpliwa, wszystko przyjdzie z czasem”

 

 

6 odpowiedzi do “RYSY – DROGA PRZEZ DZICZ”

  1. ooooch Twoje zdjęcia są TAK PIĘKNE!…
    Robisz niesamowity klimat z życia… wyciskasz nimi co najlepsze 😉 najpiękniejsze momenty wyłapane

    a może to zwyczajność jest taka piękna – tylko trzeba umieć to dostrzec?

    wejście na Rysy od polskiej strony było i moim marzeniem na ten rok 🙂 udało się go zrealizować! –> https://fotografia-prania.blogspot.com/2018/08/rysy.html
    jak i kilka innych tatrzańskich marzeń na to lato.. same cuda 🙂

    rozgościłam się na Twoim blogu – i jestem zachwycona.
    i też chcę mniej biec w pośpiechu, a częściej zatrzymać się i chłonąć.. dać działać swojej dzikiej naturze 😉

    1. Dziękuję Ci że tu zajrzałaś, ! u mnie mnóstwo pracy zawodowej dlatego na blogu cisza 🙂 zazwyczaj jest to cisza przed burzą 🙂
      Pędzę zerknąć do Ciebie 🙂

  2. Gdy zobaczyłam te zdjęcia ze szczytu, to aż serducho zabiło mocniej i poczułam ten specyficzny „oddech” wysokości.. Piękne fotografie, pozwoliły mi na moment przenieść się wraz z Tobą na szczyt <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *